Roboty na masową skalę zaczynają zastępować ludzi w fabrykach. Co to może oznaczać dla naszych karier, pomysłów na samorealizację i… portfeli?

Tego się można było spodziewać: roboty schodzą ze srebrnego ekranu i próbują zawłaszczyć naszą rzeczywistość. Wszystko przez prawo Moore’a – wykładniczy wzrost wydajności procesorów, czujników cyfrowych, przetwarzania danych w chmurze i szerokopasmowej komunikacji. Ekspansję maszyn najwyraźniej widać w magazynach i montażowniach. Owszem, w miejscach tych towarzyszą one ludziom od dziesięcioleci, lecz wcześniej była ich garstka i – co tu kryć – wydawały się cokolwiek nierozgarnięte. Ale to już przeszłość – jeśli starsze modele wymagały wielomiesięcznego, indywidualnego programowania, to dzisiejsze przystępują do zadań w chwili podłączenia do prądu.

Robotyczny postęp jest tak duży i tak szybki, że ekonomiści, politycy i przedsiębiorcy od dawna zachodzą w głowę, jak przełożyć go na wzrost gospodarczy. Jednym z owoców ich dyskusji i poszukiwań jest podjęta przez Unię Europejską koncepcja Industry 4.0, nazywana również czwartą rewolucją przemysłową. O co chodzi w tej idei?

Pierwszą rewolucję przemysłową wywołało rozpowszechnianie się maszyn parowych. Symbolem drugiej była taśma z fabryki samochodów Forda. Trzecia wybuchła wraz z komputerami i automatyzacją. Czwarty przewrót zaczyna się teraz – dzięki temu, że żyjemy w epoce konwergencji, connected – gdy „bity świata cyfrowego łączą się z atomami świata fizycznego”, jak mówi Joi Ito, dyrektor Media Lab w Massachusetts Institute of Technology.

Jak filozofia Przemysłu 4.0 unowocześnia produkcję, zwiększa wydajność fabryk i w nieodwracalny sposób zmienia edukację zawodową i rynek pracy?

Polska: technologiczny zaścianek

Łukasz Drewnowski, kierownik sprzedaży i marketingu lokalnej jednostki biznesu robotyki ABB radzi, by rozważania na ten temat zacząć od stwierdzenia, że w automatyzacji i robotyzacji jesteśmy dopiero na początku drogi. Polskie zapóźnienie w tych dziedzinach chyba najlepiej widać na przykładzie wytwórców żywności i napojów, którzy odpowiadają niemal za jedną piątą (18 proc.) całej krajowej produkcji.

– Mimo że Polska jest siódmym największym producentem żywności w UE i ósmym największym jej eksporterem, w sektorze dóbr konsumpcyjnych w 2011 r. zainstalowano tylko 12 robotów — wskazuje Łukasz Drewnowski.

Inny problem: nawet jeśli w danym zakładzie produkcyjnym wdrożono zaawansowane maszyny i urządzenia, często wykorzystują tylko ułamek swoich możliwości, bo nie są wplecione w krwioobieg teleinformatyczny firmy. Jednym z powodów jest niedostatek cyfrowych rozwiązań w magazynach i fabrykach.

Dawid Paruzel zwraca uwagę, że tylko co trzecia firma produkcyjna w Polsce dysponuje systemem ERP (Enterprise Resource Planning), a odsetek przedsiębiorstw pozbawionych dostępu do bardziej zaawansowanych narzędzi planowania produkcji – S&OP (Sales and Operations Planning), MPS (Master Production Scheduling) czy MRP (Material Requirements Planning) – jest znacznie większy. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z rozwiązaniami klasy MES (Manufacturing Execution System), które zbierają informacje online bezpośrednio ze stanowisk produkcyjnych i transferują je do strefy biznesu.

– Rozmawiamy z wieloma firmami, które dopiero teraz zaczynają poważnie myśleć o informatyzacji tych dziedzin – podkreśla przedstawiciel BPSC.

Deficyt inżynierów i programistów

Nawet spółki, które przeszły tzw. cyfrową transformację, nie zawsze umieją wykorzystać płynące z niej przewagi. Główną bolączką jest to, że fabryczne maszyny pracują sobie, a cała infrastruktura IT sobie.

– Wyobraźmy sobie, że układ kostny i mięśniowy działa niezależnie od mózgu. Z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w naszych magazynach i halach fabrycznych — tłumaczy obrazowo Paruzel. – Roboty nie są zintegrowane z oprogramowaniem do zarządzania przedsiębiorstwem i nie przekazują informacji niezbędnych do optymalizacji procesów.

Ale chyba największym zagrożeniem dla konceptu Industry 4.0 jest niedostatek ludzi o odpowiednich kwalifikacjach.

– Ogromne znaczenie dla rozwoju koncepcji Industry 4.0 odgrywa edukacja, na czele z popularyzacją kierunków technicznych. Likwidacja szkół zawodowych i nacisk na szeroko pojęty humanizm w szkolnictwie wyższym jeszcze długo będą hamować rozwój polskiego przemysłu – uważa Dawid Paruzel.

Widać jednak przebłyski nowego myślenia, zarówno o inwestycjach w kapitał technologiczny, jak i umysłowy, ludzki. 42 proc. menedżerów uczestniczących w sondażu Deloitte twierdziło, że w najbliższych trzech latach nastąpi znaczący lub umiarkowany wzrost automatyzacji procesów w ich firmach. A czy przybędzie robotów przemysłowych? Bez wątpienia, skoro ich ceny topnieją w tempie wykładniczym. Ilustracją tej tezy jest m.in. Baxter, inteligentny „pomocnik” firmy Rethink Robotics, niezawodny w przenoszeniu i umieszczania przedmiotów we właściwym miejscu na linii montażowej – ma zręczne ramiona, nie wymaga specjalistycznego programowania i uczy się, obserwując pracownika wykonującego określone zadanie. Proste czynności jest w stanie opanować w ciągu pięć minut. A teraz najważniejsza wiadomość – to cudo kosztuje 22 tys. dolarów, 10 razy mniej niż jego poprzednicy.

– Argument „nie stać mnie na to” powoli traci rację bytu, także w mniej zamożnych przedsiębiorstwach. Roboty w cenie dobrego auta powoli stają się standardem. To jeden z powodów, dla których produkcja będzie wracać z Azji do Europy i Ameryki – przewiduje Jędrzej Kowalczyk, prezes FANUC Polska.

Co zaś się tyczy zasobów intelektualnych dla tzw. fabryki jutra – programowanie, które było dotąd domeną informatyków, staje się nowym językiem obcym. Na tyle ważnym, że powoli wkracza do szkół podstawowych i średnich. Na tym nie koniec dobrych wieści: chociaż liczba wszystkich studentów w Polsce zmniejszyła się w ostatnich sześciu latach o jedną piątą, to jednak spadku nie odnotowują renomowane uczelnie techniczne. Przykładem jest Wojskowa Akademia Techniczna w Warszawie – na mechatronikę w ostatnim naborze ta placówka przyjęła aż o 28 proc. więcej studentów niż w roku akademickim 2009/10.

– Widzimy wyraźne zainteresowanie podjęciem studiów na kierunku mechatroniki. Od roku akademickiego 2010/2011 liczba studentów utrzymuje się na stałym poziomie, około 120 osób — nie ukrywa zadowolenia kierownik zespołu mechatroniki WAT, ppłk dr inż. Wojciech Kaczmarek.

Polowanie na pracę

Dzisiaj brak fachmanów od zaawansowanej produkcji hamuje rozwój Przemysłu 4.0. Ale czy jutro nawet najlepiej wykształceni specjaliści nie okażą się zbędni? „Jeśli raz miałaś kochanka robota, nigdy już nie zechcesz człowieka” – mawiał Gigolo Joe z „A.I. Sztuczna inteligencja”. Czy to samo o ludziach powiedzą pracodawcy?

– Dźwigają ciężary, z którymi nie poradziłby sobie żaden „Pudzian”. Są dużo uważniejsze i dokładniejsze od nas, niestraszna im monotonia, podobnie jak tropikalne upały czy arktyczne chłody. Pracują bez urlopów, pensji i zwolnień lekarskich – wymienia zalety robotów Jędrzej Kowalczyk, kończąc pytaniem: – Czy w obliczu licznych przewag inteligencji cyfrowej nad biologiczną ktokolwiek z nas, nawet najbardziej ceniony fachowiec lub menedżer, nie powinien pomyśleć o podrasowaniu swojego CV?

O przyszłość ludzi na rynku pracy jest jednak spokojny. Nie dość tego: przekonuje, że to postępująca robotyzacja chroni miejsca pracy, przynajmniej na razie.

– Gdyby nie roboty i automatyzacja produkcji, wiele firm, zwłaszcza mniejszych i skromniejszym budżetem, nie wytrzymałoby na konkurencyjnym, międzynarodowym rynku. Oznaczałoby to w najgorszym razie plajtę, w najlepszym zwolnienie części pracowników – wyjaśnia szef FANUC Polska.

Mniejszym optymistą jest Sergiusz Prokurat, ekonomista, wykładowca Euroregional University of Economy i autor szeroko komentowanej książki „Work 2.0: nowhere to hide”. Zwraca uwagę, że głównym atutem robotów są niższe koszty. Polscy przedsiębiorcy jeszcze niedawno nie dostrzegali tej zalety, ale to się stopniowo zmienia.

– Menedżerowie i dyrektorzy finansowi umieją liczyć. Skoro maszyna potrafi coś zrobić, pozostaje kwestią czasu, kiedy zacznie robić to taniej niż człowiek – uświadamia Sergiusz Prokurat.

Firma doradczo-audytorska Grant Thornton (GT) zbadała opinie biznesu na temat automatyzacji. Sondę przeprowadzono wśród 2571 średnich i dużych przedsiębiorstw w 36 krajach. Niemal sześciu na 10 szefów firm (56 proc.) oświadczyło, że właśnie wprowadza automatyzację lub zrobi to w przyszłym roku. Następny krok to cięcia etatów.

Złudzeń nie pozostawiają również wyliczenia przygotowane na doroczne spotkanie w Davos: w 15 państwach objętych badaniem, które reprezentują około 65 proc. światowej siły roboczej, w ciągu najbliższych pięciu lat zniknie aż 7,1 mln stanowisk. Owszem, powstaną też nowe miejsca pracy, ale ich liczba nie przekroczy 2 mln.

Na marginesie: kadrowa „rzeź niewiniątek” czeka nie tylko robotników fabrycznych. Działająca przy ONZ Międzynarodowa Organizacja Pracy prognozuje, że do 2020 r. armia bezrobotnych wzrośnie o 11 mln osób, z czego dwie trzecie to przedstawiciele sektora biurowego i administracyjnego (dla maszyn przejęcie rutynowych zadań urzędniczych to pestka). Największy spadek zatrudnienia przypadnie na ochronę zdrowia, co będzie następstwem rozwoju telemedycyny. Energetyka i finanse to kolejne branże, w których technologie cyfrowe będą stopniowo eliminować tzw. pierwiastek ludzki. Jeden z uczestników zeszłorocznej konferencji ITO&BPO Germany Forum przedstawiał przykład brytyjskiego banku, w którym 250 robotów zastąpiło tysiąc pracowników. Uwaga! Zajęło im to tylko dwa lata.

Urzędnicy, agenci ubezpieczeniowi, kasjerzy, a także konsultanci infolinii i biur obsługi klienta… Kto jeszcze powinien martwić się swoją zawodową przyszłość? Według badaczy z Oksfordu, do 2023 r. roboty pozbawią posad prawie połowę (47 proc.) amerykańskich pracowników produkcji, transportu, sprzedaży i usług. Pierwsi wypowiedzenia dostaną ludzie, których praca wymaga siły i precyzji, cechuje się powtarzalnością oraz szkodzi życiu i zdrowiu.

A czy ci, których etaty przetrwają, muszą być gotowi na niższe pensje?

– Rosnące znaczenie sztucznej inteligencji, superkomputerów i sensorów będzie wpływać na kształt i strukturę rynku zatrudnienia. Część pracowników będzie stale „degradowana” do prostszych, gorzej płatnych zadań, a lepiej płatne prace specjalistyczne przejmą zaawansowane technologicznie maszyny — odpowiada Steven Perkins, ekspert GT w USA.

Część futurologów jest innego zdania. Ponieważ nie będzie zatrudnienia dla wszystkich – mówią – postulat pracy dla każdego trzeba zastąpić hasłem „należy się dochód”. Osiągnięcie dzięki maszynom wyższego PKB sprawi, że zarówno pracownikom, jak i bezrobotnym podniesie się poziom życia. Co równie ważne: ludzie będą mieli wreszcie dość czasu, aby pielęgnować swoje pasje i przyjaźnie.

Przetrwają najlepiej dostosowani

Ci, którzy powyższą wizję traktują jako utopię, pewnie zrobią wszystko, by nie dać się wygryźć sztucznej inteligencji. Tym samym skazują się na ciągłe poszerzanie swoich kwalifikacji, a nawet zmianę drogi kariery. Horror? Zależy dla kogo. Niektórzy informację o konieczności „przebranżowienia się” raz na parę lat przyjmują z entuzjazmem.

– Kto na początku obecnego stulecia przewidywał, że w roku 2016 niemal każde przedsiębiorstwo będzie potrzebować specjalisty od sieci społecznościowych? Wierzę, że elastyczność i gotowość do permanentnego uczenia się skutecznie ochronią nas przed bezrobociem – mówi Natalia Pisarek, lider zespołu Human Capital Consulting w Deloitte Polska.

Według Sergiusza Prokurata pracy nie zabraknie dla dobrych programistów i tych, którzy umieją konstruować i naprawiać maszyny. Natomiast Marcin Dąbrowski, prezes firmy Surge Cloud, przekonuje, że w dającej się przewidzieć przyszłości władza w fabrykach pozostanie jednak w rękach ludzi. Roboty będą musiały zadowolić się swoją dotychczasową rolą – podwładnych, pomocników, speców od najmniej wdzięcznych zadań. A jaki typ menedżera jego zdaniem w erze Industry 4.0 sprawdzi się najlepiej? Multidyscyplinarny — odpowiada bez namysłu.

– Menedżer powinien być taki, jak fabryka, którą zarządza – konwergentny, zintegrowany, spójny. Rozumiem przez to umiejętność integrowania różnych doświadczeń, predyspozycji i wiedzy: podstaw technologii, myślenia abstrakcyjnego, elementów psychologii i sprzedaży – klaruje Dąbrowski. – Nowoczesny kierownik nie może stronić od systemów ERP, mobilności, analizy dużych zbiorów danych, co jednak nie oznacza, że odżegna się od swojej intuicji, emocji.

Szef Surge.Cloud zwraca uwagę, że wszelkie prognozy społeczne, ekonomiczne i technologiczne obarczone są dużym ryzykiem błędu, ale jednego jest pewien: że nie ma sensu roztrząsać, jakie umiejętności w fabryce XXI będą najbardziej przydatne — twarde (merytoryka) czy miękkie (relacje interpersonalne).

– Takie rozważania mijają się z celem. To jakby pytać: co jest ważniejsze w przygotowaniu do maratonu — buty do biegania czy trening? Oczywiście, że trening, lecz bez odpowiedniego obuwia może to być nasz ostatni maraton — uśmiecha się Marcin Dąbrowski.

Jak widać, koncepcja Przemysłu 4.0 niesie z sobą tyleż nadziei, co obaw. Obyśmy za kilka, kilkanaście lat powiedzieli, że nasz strach miał wielkie oczy. I mogli się cieszyć wzrostem poziomu życia, ale też sukcesem zawodowym, którego nie udałoby się osiągnąć bez wsparcia sztucznej inteligencji i zaawansowanych technologicznie maszyn.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ