Cały świat rozpływa się nad zaletami wykorzystania silników elektrycznych w samochodach. Ograniczeniem jest pojemność i żywotność akumulatorów, ale może to nie problem? Może auta przyszłości będą poruszały się dzięki… krowiej kupie i lemoniadzie?

Woda z dodatkiem cytryny zdolna do napędzania samochodu to żart, ale nie tylko. To również element przemyślanej kampanii reklamowej Toyoty, która ma zwrócić uwagę na kwestię zastosowania w autach silników elektrycznych zasilanych wodorem. Japoński model Mirai to pierwsze seryjnie produkowane auto z tego typu rozwiązaniem.

W spotach reklamowych pt. „Napędzany czymkolwiek”, Toyota prezentuje najnowsze technologie pozwalające na wprawienie aut w ruch. Pierwszy film z tego cyklu przyciąga kontrowersyjnym tytułem „Napędzany łajnem”. Brawo za zręczny prztyczek w nos dla wszystkich, którzy twierdzili, że wykorzystanie ogniw wodorowych to „bullshit”. Obornik jest pełen wodoru, stąd też śmiało można stwierdzić, że auto napędzane jest… łajnem. Cały proces wytwarzania pierwiastka z krowich odchodów jest na tyle skomplikowany, że pozostawimy kwestię jego wyjaśnienia filmowi przygotowanemu przez Toyotę, z którym możecie zapoznać się poniżej.

Druga z produkcji: „Napędzany nurtem Oil Creek” nawiązuje do historii amerykańskiego przemysłu oraz wyjaśnia zasadę elektrolizy wody. Ostatnie wideo wskazuje na problem, z jakim boryka się rynek sprzedawców lemoniady. Jej przygotowywanie to popularny sposób na naukę „zarabiania” wśród dzieci w Stanach Zjednoczonych. Okazuje się, że orzeźwiający napój może również być źródłem cennego wodoru, który zasili samochody.

Toyota słynie zresztą z alternatywnych źródeł napędu i wyznacza trendy w tej dziedzinie. Do dziś ma w ofercie model „Prius” („Pierwszy”), który w 1997 r. na dobre zapoczątkował erę hybryd. Wraz z debiutem w Europie Toyoty Mirai (tłum.: „Przyszłość”), wykorzystującej wodór jako paliwo i emitującej wyłącznie parę wodną, rozpoczyna się kolejny etap motoryzacyjnej rewolucji. Pytanie jednak, czy nie mamy do czynienia ze ślepym zaułkiem, skoro pozostali giganci z branży motoryzacyjnej stawiają na akumulatory, proponując tylko rozmaite sposoby ich ładowania (od ogólnodostępnych stacji po drogi dostarczające prąd).

Jeśli chodzi o pomysły na zasilanie samochodów paliwem innym niż benzyna czy olej napędowy, to nie brak ekstrawaganckich projektów. Jednym z nich jest QUANT e-Sportlimousine z napędem nanoFlowcell. Auto ma 920 KM, osiąga setkę w 2,8 sekundy, jego prędkość maksymalna to 370 km/h, a zasięg na pełnym „baku” wynosi 600 km. Napęd stanowi… woda morska. No prawie. Jest ona jedynie elektrolitem, a samochód porusza się dzięki silnikom elektrycznym zasilanym innowacyjnymi bateriami o dużej pojemności. Ich działanie pozwalające na długą jazdę to zasługa opracowanej przez firmę technologii nanoFlowcell. Łączy ona rozwiązania w zakresie budowy akumulatorów i ogniw paliwowych. W uproszczeniu polega to na przepływie płynnego elektrolitu, magazynowanego w dwóch oddzielnych zbiornikach, przez ogniwo. Obydwa płyny oddziela od siebie specjalna membrana uniemożliwiająca ich mieszanie, ale umożliwiająca reakcję. nanoFlowcell ma być pięciokrotnie bardziej wydajne od akumulatorów litowo-jonowych.

Istotne w tym wszystkim jest jedno: przyszłością są silniki elektryczne. Inteligentne miasta za kilkadziesiąt lat wypełnione będą jedynie szumem opon, a ryczące „V6” i „V8” staną się w nich rarytasami. Chyba że ich dźwięk będzie generowany przez głośniki. I o ile nie pójdziemy w kierunku transportu wykorzystującego przestrzeń powietrzną.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ